
Coroczna wymiana opon na początku sezonu wiosennego to dla większości kierowców rutynowa sprawa na pół godziny. Zawsze dbałem o swoje auto sumiennie. Nie mam co prawda luksusowego samochodu z salonu, ale niezawodnego dziesięcioletniego benzynowego hatchbacka, który regularnie przechodzi przeglądy, ma czyste piasty kół i wszystkie mechaniczne części utrzymuję w idealnym stanie. Mój stały mechanik miał jednak zajęte terminy na dwa tygodnie do przodu, więc w pośpiechu pojechałem do dużego, nowocześnie wyglądającego serwisu opon przy wylotówce z miasta.
W warsztacie panował klasyczny sezonowy chaos. Samochody stały na trzech podnośnikach, mechanicy biegali w tę i z powrotem, a w powietrzu nieustannie rozbrzmiewał hałas pneumatycznych kluczy udarowych. Pracownik przyjęcia zapisał markę auta, rzucił klucze na ladę i odesłał mnie do przeszklonej poczekalni z automatem do kawy. Całą pracę obserwowałem przez duże okno. Do mojego auta podszedł młody chłopak w zakurzonym kombinezonie. Już sposób, w jaki zdejmował koła, nie przypadł mi do gustu – żadnej delikatności, tylko brutalna siła klucza udarowego.
Prawdziwy problem pojawił się jednak przy montażu letnich kół. Zamiast najpierw złapać śruby ręką na dwa gwinty i upewnić się, że są równo włożone w rowek piasty, wziął śrubę, od razu wsadził ją do ciężkiego klucza pneumatycznego i na pełnej mocy wkręcił ją w koło bez zastanowienia. Przez szybę widziałem, jak klucz w jego rękach nagle się zablokował, szarpnął i mechanik naparł na niego całym ciałem. Ponownie nacisnął spust i na siłę przekręcił śrubę. Przez chwilę bezradnie patrzył na koło, próbował wykręcić śrubę, ale ta tylko bezsilnie obracała się w piaście.
Po pięciu minutach wyszedł do poczekalni z brudnymi rękami i przybrał wyniosły, wyuczony wyraz twarzy. Bez wahania oznajmił: „Ma pan na prawym przednim kole całkowicie zerwany gwint w zwrotnicy. Ta śruba w ogóle nie trzyma, to niebezpieczne i nie możemy wydać auta w takim stanie. Będzie pan musiał zapłacić za nową piastę koła i dodatkową godzinę pracy mechanika.”
Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Zapytałem, jak to możliwe, że auto przyjechało do serwisu z czterema solidnie dokręconymi śrubami, a gwint został zniszczony dokładnie w momencie, gdy wciskał śrubę kluczem udarowym przez gwint. Mechanik tylko arogancko się uśmiechnął, wzruszył ramionami i odburknął: „Wie pan, przywiózł pan dziesięcioletni złom. Materiał był już zmęczony wiekiem, śruba była zardzewiała i po prostu nie wytrzymała. My za to nie odpowiadamy, to normalne zużycie materiału.”
Ta bezczelna bzdura i próba zrzucenia własnej niekompetencji na wiek auta natychmiast mnie zirytowała. Wstałem, przeszedłem do warsztatu prosto do auta i poprosiłem o kierownika zmiany. Przy wszystkich wyjąłem śrubę, na której wyraźnie było widać świeże, srebrne wióry stali powstałe przez niewłaściwe wkręcanie pod kątem. Stanowczo przypomniałem kierownikowi o prawidłowej procedurze montażu kół: śruby zawsze należy wkręcać ręcznie i dokręcać kluczem dynamometrycznym do zalecanego momentu, a nie brutalnie strzelać kluczem pneumatycznym na maksymalnej mocy. Dodałem, że całą sytuację obserwowałem przez przeszkloną ścianę poczekalni i jeśli odmówią natychmiastowego uznania szkody, sporządzę protokół szkody, wezwę biegłego sądowego z zakresu mechaniki i zgłoszę sprawę do Inspekcji Handlowej.
Kierownik zmiany widział, że nie trafił na laika, któremu można wmówić bajki o „zmęczeniu materiału”. Spojrzał na zerwaną śrubę, posłał młodemu mechanikowi karcące spojrzenie i natychmiast zmienił ton. Bez dalszej dyskusji przyznał się do winy serwisu. Jeszcze tego samego dnia na własny koszt zamówili nową oryginalną część, zapewnili auto zastępcze i oddali mi samochód w idealnym stanie z przeprosinami i bezpłatną wymianą opon. Była to dla mnie bolesna lekcja: u fachowców i w serwisach warto nie dać się zbyć i stanowczo bronić swoich praw, bo niektórzy amatorzy są w stanie zwalić własny błąd na cokolwiek, byle tylko nie płacić za szkody.























