
Letni urlop pod namiotem nad południowoczeskim stawem planowaliśmy z rodziną i przyjaciółmi przez kilka miesięcy. Wybraliśmy spokojniejszy rodzinny autokemping w sosnowym lesie, który na swojej stronie internetowej i w regulaminie chwalił się rygorystycznym przestrzeganiem ciszy nocnej po godzinie 22, aby rodziny z dziećmi mogły odpocząć na łonie natury. Zapłaciliśmy niemałe opłaty za dwa miejsca namiotowe, samochód i opłatę miejscową, ciesząc się na spokojne wieczory nad wodą, pieczenie kiełbasek i poranne budzenie się przy śpiewie ptaków.
Pierwsze dwa dni minęły idealnie. Jednak w piątek po południu do strefy namiotowej przyjechały dwa starsze samochody, z których wysiadła grupa około ośmiu młodych ludzi. Już podczas rozstawiania dużych namiotów imprezowych było jasne, że nie przyjechali tu dla spokoju. Otworzyli skrzynki z mocnym alkoholem i na składanym stole postawili ogromny bezprzewodowy głośnik wielkości walizki podróżnej.
Równo o dziesiątej wieczorem, gdy większość rodzin kładła zmęczone dzieci spać, zaczęło się prawdziwe piekło. Zamiast ściszyć muzykę, grupa podkręciła głośność na maksymalny poziom. Przez las dudniły ciężkie basy i agresywna muzyka elektroniczna, która wprawiała w drżenie ściany namiotów w promieniu pięćdziesięciu metrów. Do tego doszły pijackie wrzaski, wulgarne okrzyki i rozbijanie pustych butelek o kamienie przy brzegu. W naszym namiocie dzieci nie spały, bały się hałasu i płakały.
Około północy, gdy sytuacja stała się nie do zniesienia, a z okolicznych namiotów bezradnie wychodzili kolejni niewyspani ludzie, poszedłem do recepcji kempingu. Przy szlabanie siedział w przeszklonej budce nocny stróż w kamizelce odblaskowej. Rzeczowo poprosiłem go, by poszedł uspokoić grupę i wyłączył muzykę, ponieważ rażąco łamią regulamin kempingu i nikt nie może spać.
Stróż spojrzał na mnie bezradnie, wzruszył ramionami i sucho oznajmił, że sam tam nie pójdzie, bo są pijani, agresywni i nie zamierza się z nimi szarpać za parę groszy na godzinę. Podobno był u nich o jedenastej, ale go wyśmiali i nic więcej nie może zrobić. Na moją uwagę, że za to odpowiada kemping i w regulaminie jest zapis o wydaleniu problematycznych gości, tylko odwrócił wzrok i dalej patrzył w mały telewizor.
Zrozumiałem, że oficjalna obsługa kempingu jest zupełnie bezużyteczna i boi się własnej pracy. Wróciłem między namioty, gdzie stało już czterech wkurzonych ojców rodzin. Uznaliśmy, że nie będziemy znosić takiej bezczelności przez całą noc. Zamiast ryzykować bójkę z pijanymi, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem pod numer 112. Dyspozytorowi na policji opisałem sytuację: poważne zakłócanie ciszy nocnej w ośrodku wypoczynkowym, agresywna pijana grupa i całkowita bezczynność obsługi kempingu.
Po dwudziestu minutach na teren kempingu cicho wjechały dwa radiowozy. Czterech umundurowanych policjantów skierowało się prosto do dudniącego namiotu imprezowego. W ciągu kilku sekund muzyka ucichła. Policjanci sprawdzili dowody osobiste wszystkich uczestników, natychmiast nakazali schować głośnik do samochodu, a właścicielowi sprzętu na miejscu wymierzyli najwyższą możliwą grzywnę za zakłócanie ciszy nocnej. Następnie poszli do recepcji, gdzie bardzo ostro zwrócili uwagę nocnemu stróżowi za zaniedbanie obowiązków.
Reszta nocy upłynęła w absolutnej ciszy. Rano cała grupa ze spakowanymi namiotami i spuszczonymi głowami opuściła kemping, zanim reszta się obudziła. My wywalczyliśmy u kierownika kempingu zniżkę za niekompetencję personelu. To była dla nas jasna nauka: jeśli zawodzi ochrona, która powinna pilnować porządku, nie ma sensu pozwalać sobie zniszczyć nocy i jedynym skutecznym rozwiązaniem jest natychmiastowa interwencja policji.






















