
Słoneczne popołudnie na miejskim placu zabaw to dla większości rodziców wyjątkowy czas, gdy dzieci mogą się wyszaleć na świeżym powietrzu, a dorośli na chwilę odpocząć na ławce. Nasz osiedlowy plac zabaw jest niedawno odnowiony, ogrodzony, a tuż przy wejściu wisi wyraźna niebieska tablica z regulaminem, na której jasno zaznaczono surowy zakaz palenia, spożywania alkoholu i wprowadzania psów. Większość rodziców naturalnie to respektuje. Nikt nie chce, by roczne dzieci raczkowały po trawie wśród niedopałków albo wdychały gryzący dym.
W zeszły piątek około czwartej po południu plac zabaw był pełen. Na dużej centralnej piaskownicy bawiło się około sześciu małych dzieci, w tym mój dwuletni syn. Robiły babki z piasku, przelewały wodę z wiaderek i śmiały się. Na drewnianym obrzeżu piaskownicy, zaledwie pół metra od bawiących się maluchów, usiadła młoda kobieta z telefonem w ręku. Jej około czteroletni chłopiec biegał w tym czasie przy huśtawkach. Bez rozglądania się wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów, zapalniczką odpaliła i bez najmniejszego wahania zapaliła papierosa.
W ciągu kilku sekund nad piaskownicą pojawiła się gęsta, gryząca chmura dymu. Wiatr wiał prosto w twarze bawiących się dzieci, które natychmiast zaczęły kaszleć i trzeć oczy. Pozostałe mamy na ławkach spojrzały na siebie z niesmakiem, ale nikt nic nie powiedział. Wstałam, podeszłam do piaskownicy i spokojnym, uprzejmym tonem powiedziałam: „Dzień dobry, przepraszam, ale jest pani na placu zabaw tuż przy piaskownicy. Palenie jest tu zabronione, a dym leci prosto na dzieci. Czy mogłaby pani zgasić papierosa albo wyjść za ogrodzenie?”
Kobieta powoli oderwała wzrok od ekranu, głęboko zaciągnęła się dymem, wstała i z niewiarygodną arogancją wydmuchała całą gryzącą chmurę prosto w moją twarz. Zaskoczona zakaszlałam i cofnęłam się o krok. Złośliwie się uśmiechając, rzuciła: „Park jest dla wszystkich i mogę palić, gdzie chcę. Nie mów mi, co mam robić, zajmij się swoim gówniarzem i nie zawracaj mi głowy, histeryczko.”
Ta wulgarna i bezczelna reakcja na oczach małych dzieci natychmiast mnie wyprowadziła z równowagi. Wyjęłam telefon i zupełnie chłodnym tonem powiedziałam jej, że łamie miejskie przepisy i regulamin, a dymem zagraża małym dzieciom, więc natychmiast dzwonię po straż miejską. W tym samym czasie dołączyły do mnie dwie inne mamy z ławek, które widziały całą sytuację i stanęły po mojej stronie.
Gdy arogancka palaczka zobaczyła, że wybrałam numer 986 i na głośnomówiącym podaję dyspozytorowi adres placu zabaw oraz opis osoby, która odmawia zgaszenia papierosa i wulgarnie atakuje rodziców, natychmiast straciła pewność siebie. W złości zgniotła tlącego się niedopałka w trawie, chwyciła syna za rękę tak mocno, że chłopiec zaczął płakać, i głośno przeklinając dosłownie wybiegła z terenu na ulicę. Po niej została tylko nieprzyjemna atmosfera i rzucony niedopałek, który musiałam podnieść z trawnika i wyrzucić do kosza. To był obrzydliwy przykład bezczelności, który tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nie wolno ustępować ludziom, którzy nie szanują nawet małych dzieci.
























