
Wspólne grupy rodziców na aplikacjach takich jak WhatsApp powstają z najlepszych intencji – by przekazywać informacje o zgubionych kapciach, umawiać się na odbiór dzieci, dowiedzieć się, kiedy jest przedstawienie albo zebrać pieniądze na teatrzyk. Jednak wystarczy jedna nadgorliwa mama z przerostem ego i praktyczny kanał komunikacji zamienia się w pokaz snobizmu i biernej agresji. Dokładnie to wydarzyło się w naszej grupie Biedronki w zwykłym gminnym przedszkolu.
Główną inicjatorką całego zamieszania była mama czteroletniej Elizy, pani Simona. Kobieta, dla której macierzyństwo było przede wszystkim kwestią wizualnej autoprezentacji. Jej córka przychodziła do przedszkola wystrojona jak na wybieg – markowa biała sukienka, lakierowane skórzane buciki, firmowe dodatki. Sama Simona spędzała godziny na fotografowaniu córki przy szafkach i wrzucaniu perfekcyjnych stylizacji do grupy rodziców z komentarzami, jak ważne jest kształtowanie estetyki u dzieci już od pieluch.
Większość rodziców podchodziła do tego z dystansem. Przecież dzieci chodzą do przedszkola, by biegać po ogrodzie, grzebać w ziemi, malować farbami i budować babki w piaskownicy. Mój pięcioletni syn Kuba to żywe, ciekawe świata dziecko. Do przedszkola ubieramy go w czyste, dobrej jakości, ale praktyczne ubrania z sieciówek, spodnie dresowe na gumkę i starszą nieprzemakalną kurtkę po kuzynie, której nie szkoda, jeśli pobrudzi się na kolanach trawą czy błotem.
Przełom nastąpił po całodniowej jesiennej wycieczce do pobliskiego parku leśnego. Nauczycielki wyraźnie prosiły na tablicy i w wiadomości, by dzieci miały nieprzemakalne buty, starsze spodnie dresowe i ubrania, które mogą się pobrudzić, bo w lesie po deszczu było błoto. Kuba świetnie się bawił – budował domki z kory, biegał po mchu i wrócił do domu zachwycony, choć oczywiście z brudnymi kolanami i zabłoconymi kaloszami. Simona wysłała Elizę w białej puchowej kamizelce z futerkiem i pastelowych legginsach, więc dziewczynka pół wycieczki przepłakała na ławce, żeby się nie pobrudzić.
Wieczorem o ósmej w grupie pojawiła się wiadomość. Simona wrzuciła zdjęcie z przedszkolnej tablicy, na którym grupa dzieci stoi przy pniu drzewa. Kuba był na pierwszym planie w kaloszach i starszej kurtce z kapturem. Do zdjęcia dodała długi akapit:
„Drogie mamy, muszę poruszyć bardzo delikatny temat. Uważam za absolutnie nie do przyjęcia, na jakim poziomie niektóre dzieci reprezentują nasze przedszkole publicznie. Kiedy widzę niektórych chłopców w znoszonych rzeczach z lumpeksu po starszym rodzeństwie i spranych kaloszach, jest mi szczerze wstyd za naszą grupę. Wygląda to jak zbiór biedaków z opieki społecznej. Szczególnie u małego Kubusia od Nowaków dziwi mnie, że rodzice nie są w stanie kupić dziecku porządnego nieprzemakalnego kompletu znanej marki i wysyłają go do ludzi w ubraniach na działkę. Dzieci w tym wieku zaczynają już dostrzegać swój status i nie powinniśmy narażać ich na wyśmiewanie.”
Zamarłam, patrząc na ekran z bijącym sercem. To nie była niewinna uwaga, ale celowe, publiczne upokorzenie mojego syna i naszej rodziny przed trzydziestką innych rodziców, których codziennie spotykamy w szatni.
W ciągu dziesięciu minut w grupie zapanowała grobowa cisza. Nikt nie odpowiadał, wszyscy czekali, co się wydarzy. Czułam ogromną złość, ale wiedziałam, że wdawanie się w wulgarną kłótnię byłoby błędem. Wzięłam głęboki oddech i napisałam odpowiedź z lodowatym spokojem:
„Dobry wieczór, pani Simono. Przedszkole to miejsce dla dzieci, a nie wybieg mody dla zaspokajania kompleksów rodziców. Mój syn chodzi do przedszkola, żeby się bawić, tworzyć i bez obaw poznawać przyrodę w lesie, nie bojąc się wejść w kałużę. Nie potrzebuje spodni z logo za dwa tysiące tylko po to, żeby pani poczuła się lepiej. To, że ocenia pani wartość czteroletnich dzieci po metkach na ich ubraniach i publicznie nazywa je biedakami, nie mówi absolutnie nic o naszej sytuacji finansowej, ale wszystko o pani ludzkiej małości i braku podstawowego wychowania. Jeśli ma pani problem z tym, jak dzieci zachowują się i ubierają w lesie, proszę zostawić córkę w domu pod kloszem i nie zatruwać innym rodzicom życia swoim małomiasteczkowym wywyższaniem się.”
Nie minęły nawet dwie minuty, a pod moją wiadomością posypały się reakcje. Kolejne siedem mam i dwóch ojców od razu się przyłączyło: napisali, że w pełni się zgadzają, że przedszkole powinno być miejscem swobody i że ciągłe rozważania Simony o markach od miesięcy działają im na nerwy. Jedna mama dodała nawet, że jej córka cały wieczór płakała, bo Eliza powiedziała jej w przedszkolu, że nie usiądzie z nią przy stoliku, jeśli nie ma błyszczących butów.
Simona w ogóle nie była przygotowana na taką falę sprzeciwu. Była przyzwyczajona, że jej bierną agresję wszyscy przemilczają. W ciągu dziesięciu minut tchórzliwie usunęła swój pierwotny wpis, a potem opuściła całą grupę WhatsApp.
Następnego ranka w szatni panował spokój. Simona przyprowadziła córkę ze spuszczonym wzrokiem, szybko ją przebrała i bez słowa zniknęła na korytarzu. Kuba radośnie pobiegł do sali w dresach i z szerokim uśmiechem. To był jasny dowód na to, że w rodzicielskich społecznościach nie można ustępować toksycznym osobom, które z niewinnego dziecięcego świata robią pole walki własnego snobizmu. Jasno postawiona i publiczna granica to jedyny sposób, by takie zachowania zatrzymać już na starcie.























