
Weekendowe mecze piłkarskich drużyn młodzieżowych powinny być dla dziesięcioletnich chłopców przede wszystkim okazją do radości z gry, budowania ducha zespołu i zdrowego ruchu na świeżym powietrzu. Rodzice stojący przy ogrodzeniu zwykle popijają herbatę z termosu, dopingują dzieci przy każdej udanej akcji i biją brawo niezależnie od tego, kto właśnie strzeli gola. Ten zdrowy sportowy świat coraz częściej jednak niszczą nadmiernie ambitni, wulgarni rodzice, którzy przez swoich synów próbują zrealizować własne niespełnione sportowe marzenia.
W minioną sobotę graliśmy mecz wyjazdowy na boisku sąsiedniego miasta powiatowego. Pogoda była jesienna i wilgotna, chłopcy biegali po ciężkim terenie, a gra była wyrównana. Nasza drużyna prowadziła w połowie drugiej połowy jednym golem. Wtedy przy linii bocznej, tuż obok ławek rezerwowych, zaczął się niekontrolowanie zachowywać ojciec jednego z miejscowych napastników. Mężczyzna w kurtce moro, z puszką piwa w ręce i zaczerwienioną twarzą.
To nie było zwykłe kibicowanie. Stał dosłownie pół metra od linii bocznej i na całe gardło wrzeszczał na małych chłopców najgorsze knajpiane przekleństwa. Za każdym razem, gdy nasz dziesięcioletni obrońca czysto odebrał piłkę jego synowi, facet podbiegał do barierki i krzyczał: „Złam mu piszczel, gamoniu! Na co się gapisz, powal go na ziemię, niech nie udaje gwiazdy!” Gdy młody, szesnastoletni sędzia nie odgwizdał rzekomego faulu, wrzeszczał na niego przy wszystkich, że jest ślepym draniem i zasługuje na połamane ręce.
Dziesięcioletni chłopcy na boisku byli wyraźnie przestraszeni. Nasz mały stoper bał się walczyć o piłkę, bo mężczyzna zza linii groził mu pięścią. Inni rodzice tylko niepewnie przestępowali z nogi na nogę, spuszczali wzrok i udawali, że nic nie słyszą, byle nie musieć wdawać się w konflikt z agresywnym prymitywem.
Kulminacja nastąpiła, gdy nasz bramkarz obronił strzał i piłka wypadła poza boisko. Mężczyzna pochylił się prosto nad naszym golkiperem i wrzasnął: „Ty mały gnoju, następnym razem dostaniesz piłką w twarz, żebyś wiedział, jak się broni!” Dziesięcioletni chłopiec w bramce rozpłakał się i bezradnie spojrzał w stronę naszej ławki.
Wtedy nie wytrzymałem. Zrobiłem pięć kroków w jego stronę, stanąłem między nim a boiskiem i zupełnie spokojnym, ale bardzo stanowczym głosem powiedziałem: „Proszę pana, natychmiast proszę przestać. To są dziesięcioletnie dzieci i grają w piłkę dla przyjemności. Krzyczenie tutaj wulgaryzmów na małych chłopców i grożenie im kontuzją to absolutne dno. Proszę się uspokoić albo odejść za ogrodzenie.”
Mężczyzna zesztywniał, spojrzał na mnie przekrwionymi oczami i natychmiast wybuchł niekontrolowaną złością. Rzucił puszkę w trawę, zrobił krok w moją stronę, aż poczułem zapach piwa, i zacisnął pięści: „Czego się do mnie wtrącasz, pajacu? Wiesz, kim jestem? Jeśli natychmiast nie zamkniesz się i nie znikniesz stąd, to cię tu przed twoim gówniarzem rozniosę na kawałki i nie wyjdziesz stąd o własnych siłach!”
Jego agresja miała tylko jeden cel – zastraszyć mnie i pokazać swoją dominację. Nie cofnąłem się ani o krok. Spojrzałem mu prosto w oczy i lodowatym głosem, przy wszystkich obecnych, powiedziałem: „Spróbuj mnie tylko dotknąć. Wyciągam telefon, mecz zostaje natychmiast przerwany i dzwonię po policję za chuligaństwo i groźby karalne. Gwarantuję też, że całą sytuację wraz z pańskim zachowaniem zgłoszę do komisji dyscyplinarnej związku piłkarskiego, żeby pański klub dostał karę, a pan zakaz wstępu na stadion.”
W tym momencie dołączyło do mnie jeszcze dwóch ojców z naszej drużyny oraz główny trener gospodarzy, który w końcu podbiegł z ławki. Trener stanowczo oznajmił mężczyźnie, że jeśli natychmiast nie opuści terenu boiska, jego syn zostanie na stałe wyrzucony z drużyny, a mecz nie zostanie dokończony.
Gdy agresor zobaczył, że jego zastraszanie nie działa i stoi sam naprzeciwko grupy zdecydowanych ludzi, jego odwaga natychmiast wyparowała. Mamrocząc pod nosem coś o tym, że „dzisiejsza piłka to syf”, zabrał kurtkę i zataczając się, odszedł na parking. Mecz spokojnie się dokończył, chłopcy po ostatnim gwizdku poklepali się po ramionach i poszli razem na hot doga.
To była dla mnie jasna lekcja, że brutalność i wulgaryzmy na dziecięcych boiskach szerzą się tylko wtedy, gdy otoczenie milczy. Agresywni rodzice liczą na to, że inni się przestraszą i spuszczą głowę. Tymczasem wystarczy wykazać się spokojną, stanowczą odwagą i postawić im wyraźną granicę, której przyzwoite społeczeństwo już nie przekroczy.























