
Sprzedaż używanych części samochodowych przez portale ogłoszeniowe to prawdziwa próba cierpliwości. Trzeba pogodzić się z wiadomościami pełnymi błędów o drugiej w nocy, propozycjami wymiany na niesprawną elektronikę czy negocjatorami, którzy żądają osiemdziesięcioprocentowej zniżki, zanim jeszcze się przywitają. Mimo to czasem pojawia się ktoś, kto na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie poważny, kulturalny i godny zaufania. Właśnie tak zaczęła się moja transakcja z panem Marcinem.
Rozsprzedawałem na części dobrze zachowany przód auta po kolizji tylnej osi. Miałem kompletny zestaw w szarym metaliku – maskę, oba przednie błotniki i oryginalne reflektory ksenonowe w idealnym stanie, z nieuszkodzonymi uchwytami. Cenę za cały komplet ustaliłem na uczciwe czternaście tysięcy koron, czyli znacznie poniżej stawek na szrotach. Ogłoszenie wisiało na portalu ledwie dwie godziny, gdy zadzwonił telefon.
Głos po drugiej stronie brzmiał bardzo profesjonalnie. Pan się przedstawił, rzeczowo dopytał o kod lakieru, stan uchwytów i od razu powiedział, że bierze komplet bez żadnych negocjacji. Pojawiła się jednak jedna komplikacja: „Panie Nowak, jestem teraz na montażu w Niemczech i wracam dopiero za dwa tygodnie w piątek. Mam stuprocentowe zainteresowanie tymi częściami, od pół roku szukam właśnie tego koloru do swojego auta. Czy mógłby mi pan je zarezerwować? W piątek, wracając z granicy, podjadę do pana o piątej po południu z dostawczakiem i gotówką.”
Byłem przyzwyczajony do uczciwych układów między facetami. Pan mówił uprzejmie, brzmiał zdecydowanie i sam podkreślał, że jego słowo coś znaczy. Zgodziłem się. Ogłoszenia nie usuwałem, ale dopisałem do niego wielkimi literami notatkę „REZERWACJA DO 15. DNIA MIESIĄCA”.
W ciągu następnych czternastu dni dostałem na telefon co najmniej sześć poważnych ofert. Trzy osoby były gotowe przyjechać z gotówką jeszcze tego samego wieczoru, a jeden pan z sąsiedniego powiatu oferował nawet piętnaście tysięcy, jeśli natychmiast załaduję mu części. Wszystkim z czystym sumieniem odpisywałem: „Przepraszam, części są zarezerwowane dla pana, któremu dałem słowo. Jeśli coś się zmieni, dam znać.” Chciałem być fair i dotrzymać umowy.
W umówiony piątek wziąłem w pracy pół dnia urlopu, żeby zdążyć dokładnie oczyścić części w garażu z kurzu, zapakować lampy w folię bąbelkową i przygotować wszystko do szybkiego załadunku. Była czwarta po południu, w garażu wszystko gotowe, a ja czekałem. O wpół do piątej wysłałem krótkiego SMS-a z dokładnym adresem i kodem do bramy.
Punktualnie o piątej – kiedy miał stać pod domem z dostawczakiem – przyszła wiadomość. Żadnych przeprosin za opóźnienie na autostradzie. Na ekranie widniało: „Dzień dobry, jednak nie biorę tych części. Wczoraj znalazłem na Facebooku innego pana z Polski, który sprzedał mi je dwa tysiące taniej i w lepszym lakierze, więc dziś nie przyjadę. Pozdrawiam.”
Zatkało mnie i zagotowałem się ze złości. Przez czternaście dni blokowałem dla niego części, odmówiłem sześciu gotowym kupcom, wziąłem pół dnia bezpłatnego urlopu w pracy, a ten człowiek w dniu i godzinie odbioru bez cienia wstydu czy przeprosin rezygnuje jednym zdaniem, jakby odwoływał zakup bułek w sklepie. Natychmiast wybrałem jego numer, ale po drugim sygnale rozłączył się i mnie zablokował.
To była dla mnie ogromna i ostateczna lekcja handlu w internecie. Od tamtej pory na portalach ogłoszeniowych nie trzymam rezerwacji nawet przez dwie godziny. Zasada jest bezwzględna: kto pierwszy przyjedzie z gotówką na podwórko, ten bierze. Jakiekolwiek zapewnienia, że „słowo się liczy”, w anonimowym świecie internetowych bazarów są zupełnie bezwartościowe, a liczenie na ludzką uczciwość to tylko strata czasu i pieniędzy.






















